12 listopada zapraszamy na koncert do Teatru im. Jana Kochanowskiego, w rolach w głównych Stanisława Celińska i Maciej Muraszko. Przed występem w Opolu oboje udzielili nam wywiadu.

[Tekst ukazał się w numerze listopadowym (11/2018) magazynu Opole i kropka”. ]

„Malinowa…” to trasa koncertowa promująca płytę Stanisławy Celińskiej i Macieja Muraszko. Publiczność, która Panią widziała i słuchała mówi jednym głosem: „Ona jest wspaniała”.
Stanisława Celińska: Za taką ocenę można tylko dziękować, cieszyć się z niej i robić swoje, czyli grać kolejne koncerty. To są piosenki, które można przyłożyć do serca, trochę pocieszające, trochę terapeutyczne i uspokajające. Myślę, że „Malinowa” jest jaśniejszym kolorem od poprzedniczki, czyli „Atramentowej”. Tamta jest nocna, a tę nazywam
dzienną, więc chyba bardziej optymistyczną. Przynajmniej tak się starałam, bo jest tam 12 moich tekstów, a muzyka to już dzieło Macieja Muraszko.
– No właśnie Panie Maćku, jak wy się znaleźliście?
Maciej Muraszko: Grałem z zespołem latynoskim, tam było dużo ludzi z Chile, Boliwii i Ekwadoru. Mieliśmy piosenkę „Atramentowa rumba”, którą fajnie byłoby, gdyby zaśpiewała kobieta,
najlepiej starsza. Zacząłem wypytywać znajomych i kompozytor Wojciech Trzciński poradził mi Stasię. Zadzwoniłem, umówiłem się i zostawiłem jej płytkę. Na szczęście piosenka jej się spodobała. Spodobało jej się też to co robię, więc poprosiła o więcej. A dalej jakoś poszło.
S.C.: Rzeczywiście Wojciech Trzciński polecił mnie Maciejowi. Z „Atramentową” trafiliśmy w odpowiednie miejsce i czas. Okazało się, że ludzie tego bardzo potrzebują, swego rodzaju wyciszenia. Może stąd sukces tej płyty i teraz „Malinowej”.
– No i pewnie dlatego, że ma Pani wyjątkowe podejście do publiczności i talent interpretacyjny do tego co śpiewa.
S.C: Oczywiście, że myślę o publiczności. Chcę ich wzruszyć, ale też zmusić do myślenia, a nawet im pomóc. Jestem bardzo nastawiona na odbiorcę. W tym co robię nie chodzi o popisywanie się. Raczej staram się śpiewać spokojnie. Żeby to trafiło do serca drugiego człowieka, żeby poczuł się ważny
i wiedział, że to właśnie dla niego śpiewam.
– I to śpiewanie jest dzisiaj ważniejsze niż aktorstwo?
S.C.: Właściwie do tego dążyłam całe życie, bo ojciec był pianistą, a mama skrzypaczką. Od dziecka śpiewałam i tańczyłam. Tata umarł jak miałam 3 lata. Mama nie posłała mnie do szkoły muzycznej, bo bała się, że wybiorę sobie zbyt trudny zawód… Co za paradoks, bo wybrałam aktorstwo, zawód absolutnie niełatwy. Aktorstwo jednak w pewnym momencie jakby odeszło ode mnie. Oczywiście gram jeszcze w serialu „Barwy szczęścia”, z Lucynką Malec raz, dwa razy w miesiącu w spektaklu „Grace i Gloria”. Rzeczywiście ostatnio głównie śpiewam i to w tej chwili jest dla mnie najważniejsze.
– Pani opiekunem na roku była Ryszarda Hanin. Wielka aktorka, ale ze śpiewaniem jakoś jej nie kojarzę.
S.C: Hanin nie śpiewała, natomiast bardzo doceniała tę umiejętność. Na egzaminie z piosenki śpiewałam stojąc na głowie piosenkę trochę cyrkową, którą Ryszarda była zachwycona. Pamiętam, że gdy przygotowywaliśmy „Wesele” poprosiła mnie, żebym wybrała do tego spektaklu muzykę. A Andrzej Wajda wybierając fragmenty Vivaldiego z „Czterech pór roku” do filmu „Krajobraz po bitwie” pytał, czy mi się to podoba. Oni wiedzieli, że gdzieś tam we mnie gra muzyka. Natomiast prof. Ludwik Sempoliński nauczył mnie, że najpierw trzeba tekst piosenki powiedzieć, a potem
dopiero zaśpiewać.
– Polacy poznali Panią właśnie najpierw jako piosenkarkę, bo w 1969 roku wystąpiła w Opolu i dzięki wykonaniu utworu „Ptakom podobni” wygrała Pani festiwal.
S.C.: Rzeczywiście wtedy mogło się wydawać, że pójdę w tym kierunku. Byłam jednak w Teatrze Współczesnym i zaczęłam dużo grać. Oczywiście muzyka przewijała się wokół mnie, ale dopiero w ostatnich latach poświęciłam się jej w całości.
– I zaczęła pani nie tylko śpiewać, ale też pisać sama teksty.
M.M.: Mówiłem: słuchaj Staszka – poprawiasz te teksty i poprawiasz. Zacznij pisać, zobaczymy co z tego będzie. I Stasia rozpisała się. I robi to świetnie, bo te teksty trafiają do ludzi i bardzo im się podobają.
S.C.: Często radzę ludziom, żeby pisali, nawet jeśli czynią to wyłącznie do szuflady. Wystarczy wziąć kalendarz i opisywać tam swoje pomysły, spostrzeżenia, emocje. Dzisiaj mało kto ma czas, żeby pisać np. pamiętnik. Dzięki temu można siebie lepiej poznać. Zresztą to idealna forma, aby dać upust swoim emocjom. Obcowanie z białą kartką papieru jest fajne, chociaż dla mnie to też duża trema, bo trzeba przecież tę pustą kartkę zapełnić czymś mądrym. Opowiem o piosence „Słowa”, która jest na „Malinowej”. Bardzo często zdarza się, że gdy jakiś nasz przyjaciel coś zawali, odnosimy się do niego serdecznie, chcemy go wesprzeć, ale gdy samemu coś źle zrobimy, nie jesteśmy już wobec siebie tak łagodni. Dlatego napisałam tekst o tym, że gdy ktoś do nas przyjdzie, to ugośćmy go, ale wobec siebie też bądźmy łagodni. Potrafmy sobie wybaczyć, popatrzeć na siebie po przyjacielsku. Bo być przyjacielem samego siebie nie jest łatwo.
Na koncertach „Atramentowej” czy „Malinowej” odbierana jest pani jako… dobry człowiek.
S.C.: Bo dla mnie najważniejsze jest, aby właśnie być dobrym człowiekiem.
M.M.: Taki odbiór Stasi to zbieżność wielu rzeczy. Ona jest bardzo wiarygodna, publiczność to natychmiast wyczuwa. Do tego dochodzi niepowtarzalny klimat muzyki chwytającej za serce. Zauważyłem, że ludzie tęsknią do muzyki nie krzykliwej, nie głośnej, nie pełnej elektroniki, nie z pusty mi słowami. My komponujemy jakby trochę po staremu, na wzór Szczepanika i Krajewskiego. Jeździmy ze Stasią na koncerty po całej Polsce, wszędzie są tłumy, wzruszenie ludzi, często po koncercie poleci komuś łezka. Obserwuję to i cieszę się, bo to przywraca mi wiarę w polskiego słuchacza.
12 listopada przyjedziecie do Teatru im. Jana Kochanowskiego zachwycić opolską publiczność.
M.M.: W Opolu mam wielu kolegów i koleżanek, ekipę ze Studia Piosenki, Elę Zapendowską. Z Orkiestrą Górnego, Rynkowskim, Rodowicz, Maleńczukiem wielokrotnie grałem festiwale w Opolu. No i uwielbiam naleśniki nad Odrą. Pamiętam ich smak jeszcze z czasów, gdy była tam drewniana buda i nie było gdzie usiąść. A teraz podobno nie do poznania jest zrewitalizowana ulica Krakowska. Już się nie mogę doczekać.
S.C.: Artystycznie w moim życiu wszystko zaczęło się od Opola. Wspomnianą piosenkę „Ptakom podobni” zaśpiewałam w 1969 roku właśnie tam. To był początek mojej kariery, bo wtedy zobaczył mnie asystent Wajdy, zaprosił na próbne zdjęcia i zagrałam w „Krajobrazie po bitwie” . W tym roku znów wystąpiłam w Stolicy Polskiej Piosenki, zostałam pięknie przywitana, zaśpiewano mi „Sto lat”. Zawsze wracam do was z radością. Serdecznie zapraszam więc na koncert 12 listopada w Opolu. Spędzą Państwo z nami ciepłe, przyjemnie dwie godziny. To będzie niezapomniany czas, czas wyciszenia i refleksji.

Dodaj komentarz

Komentarze nie odnoszące się bezpośrednio do treści artykułu, obraźliwe, nieprawdziwe oraz niezgodne z prawem, reklamowe publikowane bez zgody wydawcy mogą zostać usunięte przez administrację. Komentarz osoby niezalogowanej, który zawiera link/i jest zatwierdzany ręcznie przez administrację.

Kod antyspamowy
Odśwież